Byłem w SPA

Relaks & Styl

Janek w Świątyni Relaksu, czyli Algi vs Schabowy

Przygody nowoczesnego wegetarianina

Stało się. Jako nowoczesny gość, który dba o balans między pracą a chilloutem, wylądowałem w SPA. Plan był prosty: totalny reset, zero powiadomień i pełne zanurzenie w „eko-wellness„. Nie przewidziałem tylko jednego – że mój wewnętrzny schabowy nie da o sobie tak łatwo zapomnieć.

„Wchodzisz tam pachnąc miastem, a wychodzisz pachnąc jak sałatka z alg morskich, którą ktoś przypadkiem posypał jarmużem.”

Starcie pierwsze: Biały puszysty przeciwnik

Dostałem szlafrok. Niby klasyka, ale jako facet zawsze mam wrażenie, że ten pasek żyje własnym życiem. Próbujesz wyglądać jak model z katalogu, a kończysz jak gość, który zgubił drogę do łazienki w hotelu o 3 nad ranem. Ale nic to – idziemy w to!

Bilans zysków i strat

Atrakcja Co myślałem? Co czułem?
Masaż Będzie jak w niebie. Walczyłem, żeby nie parsknąć śmiechem przez łaskotki.
Maska na twarz Moja cera odżyje. Czułem się jak posmarowany hummusem.
Sauna Jestem twardy. Uciekłem po 4 minutach, marząc o zimnej coli.

Na koniec, pijąc napar z pokrzywy, poczułem to: pełen spokój. Moja wegetariańska dusza była wniebowzięta. Ale umysł? Umysł już planował trasę do najbliższej knajpy, gdzie serwują solidnego schabowego, żeby zbalansować tę dawkę „fit-energii”. Bo bycie nowoczesnym to przecież sztuka kompromisu, no nie?

Wyświetlenia: 0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *